Podsumowanie wyjazdu 2012

22 04 2012

Podczas tegorocznego wyjazdu korzystaliśmy z różnorodnych środków komunikacji, ale generalnie ilość przebytych kilometrów wygląda mniej więcej tak:

Dotarcie z Warszawy do Bangkoku i z powrotem to ok. 21.000 km ( około 26 godzin lotu ),

Na miejscu, korzystając z transportu lotniczego, pokonaliśmy drogą powietrzną ok. 8.000 km ( około 14 godzin w powietrzu)

Łodziami, promami i malymi longtail boat zrobiliśmy około 900 km ( około 50 godzin na morzu)

Podróżując lądem autobusami, minibusami i różnymi lokalnymi środkami lokomocji pokonaliśmy około 3000 km, co zajęło nam około 80 godzin podróży

Dodatkowo pokonaliśmy na skuterach około 600 km, zwiedzając okolice najciekawszych miejsc. Na rowerach zrobiliśmy jakies 60 km.

Na piechotę nie liczylismy, ale sporo:) byliśmy chyba jedynymi, którzy preferują taki sposób przemieszczania w Azji:). Nasze piesze wycieczki na zawsze pozostaną w naszej pamięci:).

Nasza trasa w Azji: Bangkok, Bali ( Indonezja ) Java ( Indonezja ), Sarawak ( Malezja, bardziej znane jako wyspa Borneo ), Półwysep Malezyjski ( Malezja właściwa ) i Tajlandia południowa.

(Postaramy się zamieścić mapkę, ale to trochę potrwa).

Cała wyprawa zajęła nam 72 dni. Staraliśmy się zwiedzić jak najwięcej, dlatego maksymalny czas pobytu nie przekraczal 4 dni ( i tylko w miejscach, które nam się bardzo podobały).

Koszty całej wyprawy zamknęły się kwotą ok. 26 tys. złotych ( na dwie osoby), z czego większość poszła na transport i noclegi.

To najdrożej w naszych dotychczasowych

wyjazdach, ale podróże po wyspach zawsze wychodzą drogo.

Gdzie nam się najbardziej podobało?

Wbrew temu, czego dowiedzieliśmy się przed wyjazdem, Indonezja nie jest wcale taka droga. Oczywiście, pomijając Bali:). Reszta wysp ma normalne, akceptowalne ceny. Za to ludzie, atmosfera i klimat dla turystow stawiają Indonezje na I miejscu w naszej wyprawie. Teraz, jak już wiemy, jak sie tam znaleźć, wiemy, że wrocimy do Indonezji na pewno:). W naszym rankingu Indonezja zajmuje pierwsze miejsce:).

Malezja jest troche przereklamowana. Na Borneo obsługa turystyczna prawie nie istnieje jeśli chodzi o komunikację. Sama wyspa jest piękna chociaż naszym skromnym zdaniem nie wykorzystuje wszystkich swoich atutów do przyciągnięcia turystów. Lepiej jest na półwyspie Malezyjskim, tam wszystko funkcjonuje normalnie, ceny są w miarę umiarkowane. Malezja, tak jak i Indonezja, ma mało zabytków. Piękno przyrody, plaż i raf to jest warte zobaczenia.

Tajlandia:). Dalej w czołówce:). To kraj, gdzie wszystko funkcjonuje dla turysty, ceny są niskie a ludzie życzliwi i sympatyczni. Kochamy Tajlandie:). Jednak pierwsze miejsce dla Indonezji nie jest jakaś zemstą na naszym ulubionym miejscu na ziemi.

W tym wszystkim, co Tajlandia ma do zaoferowania na najwyższym poziomie, brak tej spontaniczności i życzliwej bezinteresowności, która mają indonezyjczycy. Dlatego INDONEZJA wygrywa:).

Polskie "tricki"

Co zabrać?

Na pewno warto zabrać ok. 3 metrow przedłużacza elektrycznego z pospolitym trojnikiem. Każdy z nas zabiera trochę sprzętu (aparat fotograficzny, laptop lub tablet czy choćby grzałkę elektryczną ).

Tańsze noclegi,z których my korzystaliśmy, mają z reguły tylko jeden kontakt (i akurat podłączony jest do niego jedyny wentylator:)

Taki przedłużacz ratuje nam życie (nie mówiąc o sprzęcie elektronicznym:)

Warto mieć przejściówki (chociaż można je kupić bez problemu w każdym sklepie na miejscu).

Jak ktoś lubi "polską kawę po turecku" , czyli naszą sypana tradycyjnie, brać z Polski. Tam się nie kupi!! Zostanie do wyboru rozpuszczalna Nestcafe(też można sie przyzwyczaić).

Warto zabrać swoje kubki, jakiś nóż uniwersalny i latarkę czołową. Kłódka też mile widziana, bo niektóre pokoje można zamknąć od zewnątrz swoim kluczem( bezpiecznie).

Ubrania.

Zabierać jak najmniej!!! Najlepiej szybko schnace materiały. Nasze plecaki ważyły po 6 kg każdy!! I tak trzeba dawać wszystko do prania codziennie! Kosmetyki to nie porozumienie! W tym upale najpiękniejszy makijaż spływa po twarzy po paru minutach .

Warto zabrać cienkie, bawełniane chusty 2×1,2m służące jako kołdra i ręcznik.

Warto wiedzieć, że w temperaturach ok. 30 do 37 C nie przydaje się żaden śpiwór czy koc!!

Warto zabrać cienką kurtkę przeciwdeszczowa (przydaje się do jazdy skuterem lub motorem). Ale mozna też tanio kupic na miejscu.

Obuwie:

Podstawowe to sandały trekingowe, na 90% wyjazdu. Warto kupić dobrą markę, żeby nie mieć problemów. Dla lubiących wspinaczkę, porządne buty (ale zajmują miejsce w plecaku).

Całą resztę można kupic na miejscu taniej niz w Polsce.

Czego nie zabierać ze sobą?

Tego, czego nie wymieniliśmy wyzej:).

Pieniądze.

Najlepsze są karty płatnicze i kredytowe.

Visa,Master Card są akceptowane wszędzie

Opłaty za transakcje w granicach 18 zl, więc opłaca się pobierać kwoty w granicach 1000 zl minimum. Także walute w USD można wymienić bez problemu. (ale też latwiej ukraść).

Dokumenty.

Warto mieć kserokopie paszportu!!

Warto miec adresy i numery telefonu do polskich ambasad.

Warto mieć kopię biletu powrotnego do domu.

Międzynarodowe prawo jazdy znacznie ułatwia życie, więc warto je zrobić sobie w Polsce. Bez niego też da sie żyć, ale tylko do momentu pierwszego kontaktu z miejscową policja:((

Telefon.

Można bez problemu kupic miejscową kartę pre paid, jesli chce się często dzwonić do kraju. Można też bez problemu dzwonić z licznych "budek"oferujących tanie, internetowe połączenia z całym światem.

My korzystaliśmy z naszych polskich operatorów do wysyłania sms, da się wytrzymać;).

Ale generalnie w całej Azji NIE MA PROBLEMU w korzystaniu z internetu!!

Darmowe Wi Fi są prawie wszędzie. Skype z wykupionym za 50 zl abonamentem pozwoliło nam na bezproblemową komunikacje z krajem! Warto wiedzieć, że czasami Wi Fi nazywane jest tutaj Wi Five:)

Korzystając z kafejki internetowej placimy ok .0,20 do 0,40 zl/ minute .

Noclegi( my korzystaliśmy z tych tańszych, bez air condition )

Indonezja: od 100tys do 200 tys. ( 35 do 65 pln) za pokoj 2 osobowy)

Malezja: od 50 do 130 R ( od 50 do 130 pln za pokoj 2 osobowy )

Tajlandia: od 150 do 500 B (19 do 63 pln za pokoj 2 osobowy )

Wyżywienie.

Wszędzie tanio i smacznie . Nie bać się kuchni ulicznych, tam jest najbardziej smacznie i najtaniej:). Całodzienne wyżywienie w granicach 20 pln ( ale full wypas).

W restauracjach jest od 50 do 200 % drozej,a dania mniej ciekawe.

Alkohole.

W tym momencie Azja Wam się nie spodoba :( (

Wszystko, co z "procentem" jest tutaj bardzo drogie. Piwo 0,64l to wydatek rzędu 12 do 15 pln. Do tego kiepskie:(

Inne alkohole też drogie, nie probowalismy.





Polska 17.04.2012

18 04 2012

Przelot z Bangkoku do Amsterdamu ( 11 godzin!! ) przebiegł bez problemów. Także z Amsterdamu do Warszawy lot zakończył sie zgodnie z rozkładem.
W domu byliśmy ok. 3 nad ranem 18 kwietnia.
Przez parę dni będziemy musieli się przyzwyczajac do nowego klimatu, “wykasować ” różnicę czasową i pomału wciągać do “normalnego” życia.
Na podsumowanie całego wyjazdu musimy mieć trochę czasu, ale na pewno je zamieścimy.
Dziękujemy wszystkim, którzy towarzyszyli nam na tym blogu i czytali nasze wpisy. Zyczymy Im, aby mieli okazję przeżyć takie wspaniale chwile w Azji, jakie nam towarzyszyły podczas tegorocznego wyjazdu.

Iwonka i Jarek





Bangkok 16.04.2012

16 04 2012

Moja lokalizacja – 15:54, 16/4
ถนนข้าวสาร, ตลาดยอด พระนคร Bangkok 10200, Tajlandia
http://m.google.pl/u/m/wuKKXe

Koło naszej wyprawy się zamknęło! Po prawie trzech miesiącach podróżowania przez Indonezje, Malezje z Borneo i południową Tajlandie wróciliśmy do miejsca, skąd wyruszylismy 6 lutego. W ” naszym ” guesthousie, 24 Travel, gdzie nocujemy za każdym naszym pobytem w Bangkoku, powitano nas szczerze i radośnie, jak stałych bywalców:). Buziak, uścisk ręki i “żółwik “, bez pytania i stania w kolejce dostaliśmy klucz od tego samego pokoju. Na nasze pytanie o formalności i zapłatę za pokój podpowiedzią było tylko machniecie ręką i krótka odpowiedź :Later, later:).

W Bangkoku trochę się pozmieniało od czasu naszego ostatniego pobytu tutaj. Jest jakby mniej turystow ( choć ciągle ich wszędzie pełno), spadły ceny noclegów a wzrosły wyżywienia. Jest bardzo gorąco (ponad 35 C) co w betonowym mieście jest prawdziwą udręką.
To może być przyczyną mniejszej ilości białych w mieście, kto może ten jedzie dalej od Bangkoku.
Zrobiliśmy już check in na nasz samolot , mamy kupione bilety na autobus na lotnisko, zrobiliśmy ostatnie zakupy do domu. Wieczorem, gdy zrobi się chłodniej, wyjdziemy pożegnać się z tą gigantyczna stolicą cudownego, kolorowego jak z bajki kraju.
Chyba nie spotkaliśmy nikogo, kto nie zakochalby się bez pamięci w tym pięknym kraju. Każdy, kto tutaj chociaż raz zawitał, na pewno tutaj wróci:). Tak jak my.
Jutro wylot do kraju o 12,20(czasu miejscowego). W Warszawie będziemy o 22,20 ( 5 godzin różnicy czasowej stracimy:((





Kanczanaburi,Nowy Rok 15.04.2012

15 04 2012

Dzisiaj jest tajski Nowy Rok:) ( tutaj 2555 ). Kolejne wielkie święto, które "zaliczamy" po raz drugi.

Człowiek codziennie dowiaduje się nowych rzeczy. Tajski Nowy Rok to Songkarn, święto podobne do naszej Wigilii. W te dni tajowie spotykają się w gronie rodziny (przyjeżdżają z bardzo daleka do rodzinnych domów), modlą się wspólnie i zanoszą ofiary do świątyń.

Dzieci kropia swoich rodzicow perfumami a rodzice błogosławią swoje dzieci i wnuki.

Zwyczaj lania wodą nasilił się w ostatnich trzech latach. Tajowie, którzy na codzien są bardzo powściągliwi i zdyscyplinowani,w te trzy dni mogą zachowywać się na luzie.

To jedyna okazja, żeby polać bezkarnie wodą nie lubianego szefa lub nauczyciela:).

Całą rzecz znacznie ułatwiają ogromne plastikowe "giwery" na wodę, masowo sprowadzane z Chin. Chociaż tradycyjne,200 litrowe beczki z wodą też mają niezłą siłę rażenia:).

Oprocz lania wodą dzisiaj wszyscy malują się wzajemnie białą glinką i składają sobie życzenia." Happy New Year in Tailand " słyszymy dookola. Wypozyczylismy sobie rowery na dzisiaj i pokrecilismy sie po uliczkach starego miasta. Nawet nie staraliśmy sie uciekać przed lejącą się zewsząd wodą. Przy panujących tutaj upałach ( 35 C ) oberwać wiadrem zimnej wody to czysta przyjemność:). Zrobiliśmy zakupy (trochę przypraw), potem pojechalismy wzdluz rzeki obserwując przemieszczające się perfekcyjnie z brzegu na brzeg olbrzymie barki. Niektóre składy ciągnięte przez jedną małą łódkę liczyły sobie po 4 barki!!!.

Wracając wstąpiliśmy do jednej z buddyjskich świątyń (jest ich tutaj bez liku). Zwabiła nas tam głośna muzyka i gwar ludzkich głosów, niezawodny znak, że coś się dzieje.

Faktycznie, olbrzymi plac świątynny był pełen ludzi. Konkursy, zawody, quizy , taki pełen życia festyn. Kolejny raz pomyśleliśmy o naszych dretwych, pustych kościołach:(.

Zaciekawiła nas szczególnie grupa młodych chłopaków grających w nietypową grę.

Przypominało to inkaska grę kauczukowa piłka (można dotykać piłki tylko nogami, barkami o ciałem, broń Boże rękami).

Inkowie musieli przerzucić piłkę przez kamienną obręcz, ci chłopcy musieli ja wrzucić do zawieszonego wysoko na linach kosza.

Wychodziło im to tak perfekcyjnie że byliśmy pełni podziwu:). Na szczęście tutaj pokonana drużyna pozostaje przy życiu:) ( według zasad Inkow, przegrani tracili życie).

W sumie spokojny, miły dzień na zupełnym luzie. Powrót do naszego hotelu był sztuką przetrwania na ulicy:). Nie z powodu lejącej się zewsząd hektolitrami wody ale z powodu tłoku na jezdni. Setki skuterów, rowerów, aut i pieszych próbujących przejechać choćby parę metrow:). Jakoś przedostalismy się bokiem do hotelu i postanowilismy przeczekać to zamieszczanie, ale gospodyni z hotelu szybko nas wyprostowała stwierdzeniem, że główna akcja odbędzie się wieczorem:). No to ładnie:). Jutro rano mamy wracac do Bangkoku a ciuchy mokre. Co prawda teraz wszystko schnie w pare godzin, ale chociaż jeden ciuch trzeba mieć suchy.

Spodobało nam się Kanczanaburi:) i po raz kolejny możemy z czystym sumieniem polecić to miejsce.

NIE CHCE NAM SIĘ STĄD WYJEŻDŻAĆ!!!!!

stare miasto, dawna brama główna

image

barki na wodzie, można godzinami patrzeć, jak to wszystko żyje, porusza sie i przemieszcza

image

image

impreza w świątyni:) inkaska piłka na tajskiej ziemi
przenikanie kultur ot co:)

image

image

jury, nie takie samo jak w X Factor, ale też surowe

image

image

Noworocznego szaleństwa ciąg dalszy:) będzie nam tego brakowało w Polsce:)

image

image

image

image

image

image

image

image





Wokół Kanczanaburi 14.04.2012

14 04 2012

Rano, tak jak postanowilismy wczoraj, poszliśmy do innej wypożyczalni wypożyczyć skuter. Przecież nie można mieć pecha trzy razy pod rząd! Tym razem uważnie przeczytałem umowę i niestety, wypożyczający nie ma żadnych praw, odpowiada za każde uszkodzenie a w przypadku kradzieży płaci równowartość nowego skutera:(. No cóż… Przez moment zastanawialiśmy się, czy nie wynająć pięknie przystrojonej rikszy rowerowej, ale ostatecznie wybraliśmy skuter. Dzisiaj postanowilismy odwiedzić intrygującą i mocno kontrowersyjną swiatynie Wat Luang Ta Bua Yanna Sampanno znaną bardziej jako Tiger Temple. Jest ona położona około 40 km na północny zachód od Kanczanaburi. Dojazd jest łatwy i wygodny. Trzeba cały czas trzymać się Hwy nr 323 w kierunku na Sangkhlaburi aż zobaczy się po prawej stronie olbrzymią reklamę świątyni. Od głównej drogi do świątyni jest ok. 2 km.

Kupilismy bilety ( wyjątkowo drogie,600B od osoby ) i zaczęły się schody:). Iwonka była nieodpowiednio ubrana. Najpierw musiała zamienić sukienkę na ramiączkach na kupiony szybko T shirt z logo świątyni (300B)później musieliśmy zamienić się spodenkami ( jej były za krótkie dla kobiety ).

W końcu spełniliśmy wszystkie wymagania buddyzmu dotyczące nie denerwowania tygrysów i seksualnych fantazji mnichow patrzących na lekko ubraną kobietę i weszliśmy na teren świątyni:).

Kilkanascie pięknych tygrysów,z łańcuchami na szyjach, było w centrum zainteresowania olbrzymiej grupy turystów. A jakże, zrobiliśmy sobie fotki z tygrysami ( a kto by nie chciał?)

ale nie wzielismy udziału w grupowym spacerze, gdzie ludzie jeden po drugim mogli przez chwilę potrzymać łańcuch i prowadzić tygrysa przy nodze. Zbyt bardzo kochamy zwierzęta żeby wziąć udział w czymś takim.

Wiele organizacji ochrony zwierząt potępia mnichow za wykorzystywanie tych pięknych zwierząt do komercyjnych celów, podejrzewając, że tygrysy są pod wpływem narkotyków. Z kolei mnisi tlumacza się, że przed pokazem, który trwa tylko 3 godziny, tygrysy dostają olbrzymie ilości pokarmu a godziny pokazów dobrane są w czasie, gdy zwierzęta są najmniej aktywne. Faktem jest, że są dobrze utrzymane i traktowane ( widać to po sposobie, jak traktują się wzajemnie z opiekunami). Tak czy owak, dzięki opiece świątyni kilkadziesiąt tych pięknych, dzikich zwierząt zostało uratowane przed pewną śmiercią. Na wolności żyją one w pobliżu granicy tajsko birmanskiej, gdzie grupy kłusowników polują na dorosłe okazy dla pieniędzy,a małe tygrysiatka pozostawiane są własnemu losowi:(. Mnisi dużo inwestują w zapewnienie zwierzętom jak najlepszego życia. Cały olbrzymi teren jest ogrodzony wysokim, murowanym płotem, na ukończeniu jest budowa specjalnej wyspy otoczonej fosą i płotem, tylko dla tygrysów(tylko w 2009 roku wydano na ten cel 97 mln bathow).

Po całym terenie swobodnie spacerują różne gatunki zwierząt, przynoszonych przez okolicznych wieśniaków ( z reguły chore, poranione lub małe szczenięta). To prawdziwa Arka Noego. Dla zwiedzających udostępniony jest tylko niewielki fragment olbrzymiego parku, co akurat jest zrozumiałe.

Gdy tygrysy poszły sobie odpocząć od turystów, my również pojechalismy z powrotem do Kanczanaburi:). Mieliśmy jeszcze sporo czasu do zachodu słońca i postanowilismy udać się na poludniowy zachód od miasta, tam gdzie nie dojechaliśmy wczoraj z powodu awarii skutera. Przedostalismy się na zachodni brzeg rzeki Kwai i ruszyliśmy w kierunku Death Railway. Po drodze minęliśmy drugi cmentarz aliantów z czasów budowy linii kolejowej. W tym miejscu,w czasie II wojny światowej mieścił sie główny obóz jeniecki.

Z pobliskiej stacji kolejowej, gdzie dochodziły transporty jeńców, dostarczano ich w to właśnie miejsce, gdzie czekali na przydział do grup pracujących przy budowie linii. Jeńcy wybudowali sobie własny szpital i kościół, ale nic z tego nie przerwało do naszych czasów:(.

Pojechalismy dalej, do świątyni Wat Tham Khao Poon. W czasie wojny japończycy wykorzystywali 9 tutejszych jaskiń do torturowania jeńców. W 1994 roku naćpany mnich zamordował tutaj turystę. Zła sława:).

Podejście do jaskiń jest bardzo strome i nie na obuwie, jakie mieliśmy na nogach, dlatego zrezygnowaliśmy ze wspinaczki. Pokrecilismy się trochę skuterem po okolicy

i trafiliśmy do dzielnicy przy brzegu rzeki, gdzie cumują olbrzymie barki służące jako domy mieszkalne, restauracje i..sale taneczne. To właśnie je widzimy codziennie wieczorem holowane w górę i dół rzeki, oświetlone,z grającą głośno muzyka.

Tajowie lubią tak spędzać czas w gronie rodziny i przyjaciół.

Ponieważ zaczęło się ściemniać, wróciliśmy do miasta. A tutaj zabawa na całego:))).

Okazuje się, że w Tajlandii Dyngus trwa 3 dni!!!! (od 13 do 15 kwietnia, jak ktoś uwielbia lanie wodą, to musi tutaj koniecznie przyjechać w tym okresie ). Nawet nie zdążyliśmy wjechać na naszą ulicę a już byliśmy mokrzy do majtek:). Oddalismy skuter, odnieslismy rzeczy do pokoju, wzielismy swoją metalową miskę i heja z powrotem na ulicę:). Drugi dzień ulicznych wojen wodnych chyba zakończyliśmy remisem, ale przecież nie oto chodzi:).

To kolejny wieczór wspaniałej zabawy:).

A przy upałach, jakie teraz panują, każde wiadro wody to balsam dla spragnionego ciała:).

tej pięknie przystrojonej rikszy w końcu nie wybraliśmy

image

wjazd do świątyni jest dobrze oznakowany

image

image

musieliśmy się pozamieniać ciuchami dla spokoju tygrysów i…. mnichow:)

image

image

to nie całkiem nasza Mycha czy Bąbel, ale jakie to uczucie dotknąć żywego tygrysa:)

image

image

image

image

tygrysie humory i zabawy:)

image

image

image

image

image

image

image

spacerując po Arce Noego:)

image

image

image

image

pływające barki:)

image

image

image

image

image

image

image

Gęś, która zaatakowała Iwonke:)

image

stamtad wróciliśmy, góry gdzie biegnie Death Railway,jaskinie i swiatynia

image

czas wracac do miasta. Iwonka jak zwykle zapobiegliwa, zabezpiecza nasze cenne rzeczy w torbę foliową. Dyngus na nas czeka:)

image

no i dojechaliśmy do miasta:) a tutaj wojna i drugi dzień Dyngusa:)

image

image

image

image

my oboje w akcji:)

image

image

image

image

image





Wokół Kanczanaburi 13.04.2012

13 04 2012

Piątek 13, to powinno dać do myślenia już od rana, ale mimo to wypozyczylismy skuter i pojechalismy na południe od Kancziburam.

Postanowilismy dojechac do pasma górskiego, widocznego z tarasu naszej platformy mieszkalnej. Tylko parę kilometrów naszej trasy wiodło przez miasto, potem wyjechaliśmy na prawie pustą drogę biegnącą na południe wzdluz brzegu rzeki Khwae (to prawidłowa nazwa). Przez zupełny przypadek zatrzymaliśmy się w pięknym, zacienionym parku.

Zaraz za parkiem, ukryta za drzewami, mieści się swiatynia Wat Ban Tham. Wejscie do niej wiedzie przez paszczę olbrzymiego smoka.

Sama swiatynia jest wykuta w litej skale zbocza górskiego. Wewnatrz sielankowa atmosfera, dzieci bawią się, dorośli siedzą grupami, rozmawiają i śmieją się, czesc się modli w skupieniu. Aż zal, że nasze kościoły są takie dretwe i poważne. Fajnie się tam czuliśmy. Ze świątyni schody prowadzą prawie na sam szczyt góry ( znowu schody:(

Na sam szczyt nie dotarlismy, bo od świątyni szliśmy na bosaka a skały były tak rozpalone od słońca, że parzyły stopy. Ale z kapliczki tuż pod szczytem też był wspaniały widok na rzekę i miasto.

Pojechalismy dalej na południe po drodze mijając olbrzymie skupiska ludzi bawiących sie, gdzie tylko można. Jakieś święto czy co?

Dowiedzieliśmy się później:).

Dotarlismy do gigantycznej świątyni Wat Tham Seua, której strzeliste wieże widoczne są z wielu kilometrów. Na parkingu setki autokarów turystycznych, grupy turystow ponumerowane jak stada baranów. Wysiadka z autokaru,30 minut na zwiedzanie i odjazd do następnej "atrakcji". Jak to miło podróżować indywidualnie, swoim środkiem lokomocji i mieć mnóstwo wolnego czasu:).

Sama swiatynia robi wrażenie swoim ogromem ( a jeszcze jest nie ukończona ).

Na górę można wejść po stromych schodach lub wjechać kolejką ( wybraliśmy kolejkę ).

Centralnym punktem odwiedzin jest olbrzymi,18 metrowej wysokości posąg złotego Buddy. Cały posąg jest obłożony złotą mozaiką. U stóp Buddy zauważyliśmy ciekawy wynalazek. To dwa pasy transmisyjne napędzane motorem. Do pasów przymocowane są metalowe miseczki, do których kto chce to wkłada drobne monety, które na końcu wpadają do olbrzymiej, metalowej beczki. Ludzie nie przymuszani,z własnej woli, naprawdę cały czas wrzucają pieniążki do miseczek a z wielkiej beczki grzmi jakby grad padał.

Dwie wielkie, 7 mio piętrowe wieże stojące obok symbolizują 7 stopni wtajemniczenia, typowe dla buddyzmu. Oczywiście weszliśmy po schodach na samą górę:).

Spędziliśmy w Tham Seua sporo czasu, bo wewnatrz było przyjemnie chłodno i znowu atmosfera była cudowna.

Postanowilismy pojechać trochę w bok,w kierunku zbocza górskiego i zaczęły się schody:(. Znowu nie było powietrza w tylnym kole naszego skutera:(. Znalezlismy kogoś, kto pożyczył nam pompkę,dopompowalismy detke i w drogę. Dotarlismy w rejon, gdzie kończyła się droga asfaltowa więc postanowilismy wracac. W drodze powrotnej zatrzymany się przy jednej z bawiących się w najlepsze grup i wreszcie dowiedzieliśmy się,co to za święto. To tajlandzki Smigus Dyngus:)!!!!! Stąd te festyny, zabawy, konkursy no i oczywiście lanie wodą:).

Powitano nas serdecznie jako jedynych białych na festynie i nawet proponowano udział w zabawie, ale chcieliśmy jeszcze zjeść obiad i pojechać na drugą stronę rzeki zobaczyć fragment Death Railway. Dojechaliśmy do Kanczanaburi, zjedliśmy i dalej ….klapa. Dętka wylazła na zewnątrz opony i koniec. Qurde, drugi raz z rzędu!! No tak,13 i piątek, teraz wiemy. Dopchalismy skuter do serwisu Hondy i tam zaśpiewali 150B za wymianę detki. Kazałem im zadzwonić do wypożyczalni, czy kwota im pasuje a oni,ze to my mamy zapłacić, bo rano dętka była OK. Zostawiłem Iwonke ze skuterem a sam poszedlem do wypożyczalni wyjasnic lub opier…c. Niestety, szli w zaparte, że wszystko było ok jak odbieraliśmy motor i my mamy płacić. Na mój argument, że motor będzie miał nowa detke za nasze pieniądze i że to jest nie fair, więc dzwonię do policji turystycznej zaproponowali podział kosztów.

Mieliśmy już serdecznie dosyć, więc sie zgodziliśmy. Odstawilismy rzecha na miejsce i postanowilismy kupic sobie po piwku na skołatane nerwy. No ale jest Smigus Dyngus:)). Zrobiliśmy może trzy kroki i już byliśmy mokrzy na wylot:). No to wlaczylismy sie do zabawy,a co tam:). Bawią się wszyscy ale chyba największą radoche mają biali.

Muzyka gra na cały regulator, wszyscy tańczą a kelnerki z barow cierpliwie i ze stoickim spokojem co chwila wycierają mokre stoły:).

A żartów nie ma. Żadnych małych naczyń tylko beczki, wiadra i olbrzymie pistolety na wodę, że o zwyczajnych szlauchach nie wspomnę:). Najbardziej perfidni wsypywali do beczek z wodą olbrzymie bryły lodu,brr.dostać taką seria:).

Całe miasto mokre. Ale wszyscy weseli i szczęśliwi (choć mokrzy do majtek ).

Takim oto sposobem mieliśmy w tym roku dwa Dyngusy:)

gigantyczny cmentarz, który mijaliśmy po drodze

image

image

image

Wat Ban Tham

image

image

wchodzimy do paszczy smoka:)

image

i do jego wnętrza

image

image

swiatynia jak klub osiedlowy :)

image

image

image

w drodze na szczyt

image

i widok ze szczytu

image

image

image

Wat Tham Seua

image

image

image

image

18 metrowy złoty i mozaikowy Budda

image

a pod nim maszynka do zarabiania pieniędzy:)

image

image

image

drzewko szczęścia, ciekawe co ofiaruje Iwonce?

image

mały perkusista

image

i wielka perkusistka:)

image

image

widok na pola ryżowe

image

festyn dyngusowy,na razie na sucho

image

image

image

tutaj skończyła nam się droga asfaltowa, ale zobaczyliśmy rozpoczęta budowę kolejnej świątyni

image

kolejna swiatynia “no name” dla nas w drodze powrotnej do Kanczanaburi, ale jakie przyjemne otoczenie:)

image

image

image

Dyngus w Kanczanaburi:) Rodacy ratunku!!!!,Niemcy mnie wodą leja!!!!!:)

image

image

image

ciężka broń maszynowa też jest w użyciu:) Wojny Uliczne:)

image

image

image

image

image

fajne, prawda? Potrafią sie ludzie bawić:) no, tyle na dzisiaj





Kanczanaburi 12.04.2012

12 04 2012

Jarek Walczak: lokalizacja – 17:56, 12/4
ถนนบรูไน บ้านใต้ อ.เมืองกาญจนบุรี Prowincja Kanchanaburi 71000
http://m.google.pl/u/m/xldL4S

Dzisiaj wyjątkowo dwa wpisy jednego dnia, ale zmieniliśmy lokalizację tak wczesnie, że nie da się inaczej:).
Po tym, jak łódka zawiozła nas na przystanek autobusowy (chodziliśmy tędy wczoraj i przez myśl nam nie przeszło, że to “dworzec” ), szybko wpakowaliśmy się do autobusu nr.78 do Bang Phae.
Gdyby nie to, że wieczorem uczyłem się prawidłowo wymawiać ta nazwę, nigdy byśmy nie pojechali.
Nikt nie rozumie ani w ząb po angielsku. Ale udało nam się dojechac do celu i nawet kierowca wysadził nas na chodniku , gdzie jak rozumieliśmy, miał podjechać autobus do Kanczanaburi:).
Na chodniku bylo ustawionych kilka stanowisk sprzedaży biletów, ale znowu nikt nie rozumiał po angielsku. Jak się potem okazało, sprzedawali bilety na lokalne, krótkie trasy obsługiwane przez minibusy.
Wiemy, bo wkrótce przyszedl lokalny poliglota i powiedział, cytuję: ” Kanczanaburi,yellow,big bus,no small”.
No to czekaliśmy na wielki, żółty autobus, myśląc, że będzie to piętrowy olbrzym, którym jechaliśmy z Phuket do Bangkoku. A tu przyjeżdża lokalny gruchot, przypominający nam typowy hinduski lokal bus (z taką różnica, że miał chociaż szyby w oknach).
Znowu byliśmy jedynymi białymi na pokładzie:). Ale my bardzo lubimy takie klimaty. Bardzo wiele można zaobserwować i nauczyć się o ludziach dzieląc ich niewygody i tryb życia. Do Kanczanaburi jechało toto 3 godziny (baaaardzo wolno), ale bylo przyjemnie i dało sie podziwiać przez okno życie na tajskiej prowincji.
Na miejscu byliśmy juz o 11 rano, szybko znalezlismy hotelik nad samym brzegiem rzeki Kwai ( w zasadzie my mieszkamy w pływającym bungalowie na samej rzece:)), zjedliśmy śniadanie i wypozyczylismy rowery ( jest taki upał, że na piechotę nie da rady przejść nawet 200 m żeby nie trzeba sie zatrzymać gdzieś w cieniu i pić, pić, pić wodę mineralną).
Najpierw pojechalismy nad słynny most na rzece Kwai. Tak naprawdę, to z oryginalnego mostu pozostały tylko betonowe podpory, reszta to rekonstrukcja , ale jest klimat tego miejsca. Staraliśmy sobie wyobrazić pracujących tutaj w nieludzkich warunkach alianckich jeńców wojennych i cywilnych. Przy budowie całej trasy, zwanej Death Railway, biegnącej z Birmy do Tajlandii zginelo 15 tys. jeńców wojennych i 100 tys. cywilów. Dla nich to nie były wczasy, jak dla nas:(.
Przeszliśmy cały most na piechotę ( jeździ też darmowa kolejka, pokonując most i czesc trasy za mostem). Potem pojechalismy na cmentarz, gdzie pochowano prawie 7 tys. aliantów. To smutne, ale każda wojna zwykle zabiera młode życia:(. Obowiązkowo odwiedziliśmy Muzeum Wojny, gdzie obejrzeliśmy archiwalne zdjęcia z czasów budowy całej linii kolejowej. Trochę rozbawiły nas tłumaczenia na angielski opisów zdjęć, takie jak:
” England was pushed into the sea by Dunkirk”
lub: ” The bodies lay higgledy piggledy beneath the bridge”
Hmmm.., mogli się bardziej postarać:)
Zrobiliśmy rundke dookola naszej okolicy i musimy stwierdzić że …..znowu nam się podoba:). Kanczanaburi to prowincjonalne miasto, troche zapyziale ale bardziej sympatyczne. Nas cieszy, że cenowo to wreszcie prawdziwa, tania Tajlandia, ludzie mili i życzliwi a miasteczko przyjemne. Bliskość rzeki poprawia humor w czasie upału i daje trochę ochłody.
Jutro wypożyczamy….skuter:) i jedziemy dalej od miasta. Jeszcze nie wiemy w którym kierunku, musimy poczytać i porozmawiać.

jazda lokal busem do Kanczanaburi

image

nasz “pływający hotel”

image

image

widok z naszego tarasu

image

image

image

słynny most na rzece Kwai

image

image

image

image

image

klasztorna wycieczka:) chyba edukacyjna ?

image

image

muzeum

image

image

image

image

image

cmentarz jeńców wojennych:((((

image

image

odpoczynek w cieniu i nad rzeką, na terenie buddyjskiej świątyni

image

image

image

image

image

wesoły Budda:) takim go lubimy:) chociaż To wygląda na naszego krasnala ogrodkowego:)

image

image

zakwaterowanie z klimatem, ale raczej dla nie drinkujacych:)

image

koniec dnia, zachód słońca widziany z naszej werandy

image








Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.